Teoretycznie - tylko teoretycznie - istnieje hipotetyczna, równoległa rzeczywistość, gdzie to, co jest, nie jest, jakie jest. A ja - w tej hipotetycznej równoległej rzeczywistości, nie mieszkam w Mieście Łodzi i nie twierdzę, że zamiast piekła wierzę w ziemskie bezrobocie. Bo codziennie stoję na rogu 95th i Amsterdam Ave, łapię yellow cab (w lewej dłoni trzymając kubek kiepskiej kawy ze Starbucksa) i jak zwykle jestem w pośpiechu, który kocham. Albo, kto wie, może hoduję owce w Australii i na zakupy świąteczne do Sydney latam helikopterem? Lub mieszkam w Warszawie i właśnie kończę remont dwupokojowego mieszkania na Ochocie?
Gdzie bym była teraz, gdybym nie odważyła się wyjechać do Łodzi? Co bym robiła, o czym bym myślała? Kiedy byłam w Warszawie ostatnio, miałam dziwne odczucia. Z jednej strony - nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek tam mieszkałam. Z drugiej - nie wierzyłam, że już tam nie mieszkam. Warszawa wydała mi się interesująca, po raz pierwszy od dawna. Ale już nie była moja. A może była moja za bardzo? Za każdym rogiem jakieś wspomnienie, jakiś duch czy demon. Jakieś dawne rozczarowanie, jakieś odległe wzruszenie. Miasto wypełnione przeszłością po brzegi.
Nikomu nie powiedziałam, że przyjeżdżam. Nie była to zresztą podróż planowana. Usiadłam na schodach Pałacu i zastanawiałam się co z sobą zrobić. Chciałam pobyć sama w mieście, z którego wyjechałam nie oglądając się za siebie. Teoretycznie - mogło to być moje miasto i możliwe, że postąpiłam niezgodnie z jakimś planem. Może jeszcze warszawskie przeznaczenie mnie dopadnie? Albo ja dopadnę przeznaczenie nowojorskie, któż to wie...
Łódź uwielbiam, ale mam dziwne przeczucie, że nie spędzę tu całego życia. Zresztą nigdzie nie spędziłabym całego życia. Niezmienność nie leży w mojej naturze. Leży w niej za to ciekawość innych rzeczywistości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz