Oto ta cienka granica, po przekroczeniu której jedno zawstydzenie czy jedno poczucie winy więcej nie będą mi już robić żadnej różnicy.
To granica, którą przekraczam niechętnie i wbrew samej sobie, popychana przez słabość swojego charakteru, dziwną bezsilność wobec siebie.
Za tą granicą może być już tylko zobojętnienie, przyzwyczajenie do powierzchownego traktowania tego, co na powierzchowne traktowanie w żadnym wypadku nie zasługuje.
Tak to jest, kiedy wypowie się zbyt wiele słów. Zbyt gorzkich. Niby o każdym się zapomina, niby nie zwraca się uwagi na kolejne, ale de facto...od bliskich jest się coraz dalej. My się oddalamy, oni się oddalają. I pozostajemy sami. Co gorsza - sami z sobą.
Moja Matka przyjmowała przez lata wszystkie moje gniewy, zwierzenia (kiedy już byłam bardzo zdesperowana, by coś z siebie wyrzucić), oskarżenia, pretensje słuszne mniej lub bardziej... Ileż można! Mam wrażenie, że właśnie przekroczyłyśmy granicę, za którą nie ma już przyjaźni. Wzajemna pomoc - tak. Zrozumienie, a co może ważniejsze - chęć zrozumienia - nie. Ale czy w ogóle to było kiedykolwiek? Kocham Matkę, ona kocha mnie i nie ma wątpliwości. Ale nie znam drugiej tak toksycznej relacji. Wstydzę się wszystkich wybuchów złości, wszystkich emocjonalnych obnażeń. I mam poczucie winy, że biorąc tak dużo dawałam tak mało. Ale i Ona napsuła mi krwi. Ten jej pesymizm, to przerzucanie na mnie lęków, obaw i fobii. Manipulacje - świadome? Nieświadome? Nie jestem tak odporna. Zatruła mnie. Ratuje i zabija w równym stopniu. Jak to możliwe?
1 komentarz:
Powierchiwnemu traktowaniu tego co,na takowe nie zasluguje mówimy nie!Ogólnie powierchownemu traktowaniu należy powiedzieć nie.
To droga na skróty,która na dobre nie wychodzi i do niczego nie prowadzi.W rodzinie czasami się człowiek zagalopuje,powie za dużo,obwinia innych za swoje frustracje,ma pretensje,zrani często nieumyślnie ale jednak...tak bywa...mamy w końcu swoje słabości,ale zawsze jakoś się powraca do siebie,to w końcu rodzina,trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć przepraszam,kiedy przytulić,kiedy przyznać się,że jest nam ciężko,że zraniliśmy ale niechcący,otworzyć serce wywalić wszystkie smutki,wyżalić się i po prostu przutulić a matka zrozumie i pomoże.Piszesz,że oni się oddalają ale nie sami z siebie bo tak chcą tylko dlatego,że to my ich troszkę odepchneliśmy,ale jesli tylko wyciągniemy rękę to z chęcią wrócą-tak zazwyczaj bywa w rodzinie.
Smutno jest przecyztać stwierdzenie,że przekroczyłyście granicę, za która nie ma już przyjaźni-myślę,że masz za mało wiary i siły walki o poprawę Waszych relacji.Poddajesz się za szybko a w kwestii relacji z matką,nie warto się szybko poddawać,w końcu to matka osoba,której przede wszystkim zależy na Twoim szczęściu i która chce dla Ciebie dobrze,chociaż często pewnie jest zbyt opiekuńcza co nas-dorosłe już kobiety-często wkurza,ale cóż takie sa matki,zatroskane o swoje dzieci bez względu na to ile te dzieci mają już lat to matka i tak potrafi zadzwonić z 4 razy dziennie:P.
Piszesz o chęci zrozumienia,ale przecież żeby zrozumieć potrzeba szczerej,ciepłej rozmowy,rozmowy prosto z serca.Jeśli jest to toksyczna relacja o której piszesz to należy usiąść i na spokojnie powiedzieć matce,że jej zbyt duży pesymizm,jej czasami nieuzasadnione lęki/obawy Ci pzreszkadzają,uświadomić jej,że wiesz,że chce dla Ciebie jak najlepiej ale przecież żądna matka nie uchroni dziecka od popełniania błędów i że na nich tez się wiele uczymy.Myślę,że napisałaś jedno bardzo wazne stwiedzenie" mam poczycie winy że biorąc dużo dawałam mało"-jesli ma być zrozumienie,pomoc,przyjaźć trzeba dać z siebie więcej(chociaż często się nam nie chce),porozmawiać szczerze prosto z serca,powiedzieć co nam nie pasuje a co pasuje,zrobić coś dla matki,żeby jej sprawić przyjemność.Dać z siebie więcej,postarać się-sam fakt,że się postaramy sprawi,że lepiej się poczujemy i da nam radość:).Najgorzej jak się człowiek przygląda bierni jak relacja się psuje-wierzę,że na poprawę nigdy nie jest za późno:)
Prześlij komentarz